wykiwani blog

Twój nowy blog

„Pracownicy nie mają prawa jeść
tego, co chcą! Wydzielmy im jeden posiłek!” – powiedział
przewodniczący tonem, którego nie sposób zapomnieć; tonu
oczywiście, chociaż przewodniczący także wyżłobił słuchaczom
nowe bruzdy w korze mózgowej, na długie, długie lata.

„Dobrze, ale jaki ?” – zapytał
ktoś z tłumu; ktoś odważny.

„Kochani to jest pytanie zadane bez
pomyślunku. Wystarczy chwila koncentracji, dodanie jeden do dwóch
i… działa. Najtańszy posiłek!” – odparł na jednym oddechu.

„Ten z mięsem ?” – zapytał młody
człowiek, po którym widać było, że nie od niedawna pracuje.

„Dokładnie” – odpowiedział -
„Będą zawsze mieli z mięsem. Taki, wiecie, super dodatek.” -
Skończył odpowiedź z lekkim uśmiechem.

„Przepraszam, a z jakim mięsem ?”
- zapytała dziewczyna stojąca najbliżej dyrektora.

„Czy to w tej chwili ważne ? Skupmy
się na wykresach.” – odpowiedział.

„Moim zdaniem ważne” -
kontynuowała, delikatnie wchodząc w słowo. – „Jestm żydówką i
nie jem wieprzowiny”. „No tak, zaczynają się schody” -
pomyślał dyrektor. – „To może z wołowiną?” – zapytał w
eter.

„Po pierwsze wołowina jest za
droga”- odpowiedział kierownik restauracji, który przysłuchiwał
się rozmowom – ”A poza tym Andrzej ma tak na nazwisko” – i tu
wskazał człowieka, który fizycznie utożsamiał się ze swoim
nazwiskiem.

„No dobrze” – odpowiedział
zrezygnowany już tą rozmową przewodniczący – „W takim razie
zostaje nam drób”

I powstała cisza, a dyrektor tylko na
to czekał, bo cisza oznacza akceptację, a akceptacja dla Niego
oznacza wdrożenie.

„Super, że się zgadzamy. Następny
punkt…” – „Przepraszam, ale jestem wegetarianinem” – przerwał
w połowie zdania niski, szczupły koleś, z wyglądu przypominający
informatyka.

„A ja nie.” – Odpowiedział
dyrektor. Ja jestem taki jak firma w której pracuję ja, Ty, i Ty, i
Ty. A jeżeli nasza firma produkuje potrawy z mięsa, to znaczy, że
Ty także powinieneś konsumować mięsne dania….”

2 tygodnie później szefa wywieźli na
taczkach – za dyskriminację mniejszosci.

Dzień minął, ale wieczór dopiero nadchodził. Wiedziałem, że wszyscy wybierają się na kolację do knajpy w pobliżu hotelu. Wszyscy poza mną. Po kilku godzinach spędzonych na dzbanku miałem dosyć glazurowych ścian, zapachu taniego mydła na zmianę z niezbyt ciekawym, naturalnym zapachem wydobywającym się z głebi muszli.. Postanowiłem, że dołączę choćby na chwilę. Chęć praskiego piwa była większa niż wizja kolejnych kilku godzin w toalecie.

   Restaurację znalazłem dosyć szybko. Stolik, przy którym wszyscy siedzieli był usytuowany w samym rogu. Przechodząc przez salkę mijałem dwie młode kobiety ochoczo i zainteresowaniem rozmawiające w swoim rodzimym języku. Musiały długo się nie widzieć bo oprócz rozmów szeptały sobie nawzajem do uszka, lekko je przygryzając. 
   Przy kolejnym stoliku siedziało kilku zadbanych facetów, z włosami nażelowanymi czymś śliskim i odblaskowym, a przy lekko umiarkowanym świetle dawali wszystkim nieźle po oczach. 
   Podszedłem do stolika, przy którym siedzieli już wszyscy i konsumowali kolację, lekko zakrapiając złocistym trunkiem. Usiadłem na krawędzi i zamówiłem jedno piwo. Niestety pech chciał, że oni byli już po kilku kolejkach i co chwila przeciskali się zza stolika wychodząc w stronę toalety. Niestety to Ja ich przepuszczałem i to Ja stawałem na baczność. Jak jeden wrócił, to drugi musiał wyjść. Jak kolejka doszła do końca, to pierwszy się budził i tak od nowa. Miałem dosyć. Ok. Wysiedziałem się w hotelu kilka dobrych godzin na kiblu, ale to nie znaczy, że teraz mam dymać co chwila jakieś przysiady. Nawet ust nie zdążyłem zamoczyć w swoim napoju. Zamawiać kolację też nie było sensu, bo nie chciałbym jej na stojąco konsumować.
   Stojąc i patrząc na otaczający mnie krajobraz dostałem olśnienia. W tej knajpie nie było stolików damsko-męskich. Albo siedziały same kobiety, albo sami faceci. Jak sobie to uzmysłowiłem, moim oczom ukazały się rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi: ubrania, gesty, makijaż u męskiej części gości etc.
   Wypiłem szybko piwo, a w połowie zamówiłem kolejne. Mocniejsze. Po trzecim znalazłem się w swoim królestwie z porcelany i glazury. Mimo wszystko, wolałem resztę czasu spędzić na dzbanku niż w takim towarzystwie. 
   Po kilkunastu minutach, niezauważony wymknąłem się z powrotem do hotelu. Koledzy zostali w restauracji i powiem szczerze, że nie wiem czy zauważyli moje zniknięcie. Pewnie tak, bo już nie było wartownika obok ich stolika.
Tak minął wieczór pierwszy (i jedyny) w Pradze…

Dzień pierwszy:

 Obudziłem się znacznie wcześniej niż zwykle, chociaż i tak miałem lekkie spóźnienie. Z kanapką w ręku wybiegłem do samochodu i konsumując dojechałem na lotnisko. W ostatniej chwili wsiadłem do samolotu, w którym dostałem coś do jedzenie (do dzisiaj zastanawiam się, co to było) i napój, i … po godzinie doleciałem do Pragi. Podczas spotkania poczęstowano nas obiadem. Nie powiem, aby było dużo, ale widocznie wszędzie jest redukcja kosztów. Pod pretekstem nieustającego bólu żołądka wymknąłem się do nieopodal znajdującego się KFC i skonsumowałem dwie kanapki. Niestety, po nich naprawdę rozbolał mnie brzuch więc skorzystałem ze znajdującej się w restauracji toalety. Usiadłem na desce i ku mojemu zdziwieniu dostrzegłem brak papieru toaletowego. Adrenalina podeszła do góry, ale wkrótce opadła, kiedy zorientowałem się, że mam paragon z KFC. Nie było go dużo, ale lepsze to niż nic. Wróciłem na spotkanie. Długo nie posiedziałem, gdyż gastro-problemy znowu zaczęły mi dawać się we znaki. Szybkim ukłonem w stronę pozostałych wybiegłem na korytarz i po chwili znalazłem się na dzbanku. Tu na szczęście był papier, średniej jakości, ale było go dużo. Odczekałem dłuższą chwilę i postanowiłem wrócić na spotkanie. Podciągając spodnie nie zauważyłem, że papier z rolki wszedł mi pod pasek, a że rolka nie była na stojaku tylko na ziemi nie poczułem, że coś ciągnę za sobą; coś co się rozwija. Zadowolony, z uśmiechem na ustach i z nadzieją, że już się skończyły moje problemy z żołądkiem, przeszedłem przez cały ‚open space’ do naszej salki.W salce powitał mnie szczery śmiech moich kolegów. Myślałem, że któryś z nich powiedział jakiś śmieszny dowcip lub zabawną anegdotę. Może i ktoś powiedział, z tym że się domyśliłem, iż głównym podmiotem tej sceny jestem ja sam i mój papierowy, kilkudziesięcio-metrowy ‚ogon’. Moja twarz przybrała kolor krwisto-czerwony i nie pozostało mi nic, jak tylko odejść do pokoju pod pretekstem zatrucia pokarmowego. Tak minął pierwszy praski dzień…

   ’…Wtorkowa noc. Około 2:00 nad ranem w hotelowym pokoju obok zaczęła się impreza. Nie wiem ile trwała bo po przerwanym śnie przez odgłosy toastów, starałem się jak najszybciej, ponownie zasnąć. Udało mi się…’
   Tak mogła by się zacząć opowieść o Panu Ryszardzie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to Pan Ryszard. Poznałem go nad ranem, kiedy to w naszym pokoju zadzwonił telefon. Recepcjonista oznajmił, że Pan Ryszard zaprasza na śniadanie. Lekka konsternacja z mojej strony dała Panu po drugiej stronie słuchawki chwilkę na przemyślenie swojego czynu i czas, w którym to mógł sprawdzić czy wybrał dobry numer pokoju. Nim zdążyłem odpowiedzieć, że to chyba pomyłka, recepcjonista sam stwierdził swój błąd i przepraszając za pomyłkę odłożył prędko słuchawkę.
   Zszedłem na śniadanie i moim oczom ukazał się niebanalny widok. Przy największym stole, na jednym z jego końców siedział Ryszard, a po bokach siedziały dziewczyny, wymalowane maksymalnie, stwierdzając na pierwszy rzut oka dla mnie fakt, że przyjechała młodzież z Panem Ryszardem lansować się w Zakopanem. Ryszard wyglądał jak król, co raz upijając soczek jabłkowy i konstruując im ‚walk & strategic plan’ na dzisiejszy dzień. Wiem to, gdyż nie rozmawiali o tym w ciszy, tylko tak, aby wszyscy byli świadomi jakie to ważne osobistości przyjechały do hotelu.
   Wielkie było moje zdziwienie, jak po wyjściu ze stołówki zobaczyłem te same dziewczyny poprzebierane w stroje ludowe obowiązujące w tych stronach. Tak mi się wydawało, że w tych stronach, bo nie jestem dobry z ludowych tradycji. Zobaczyłem też Ryszarda z aparatem fotograficznym. Ma facet wybujałą fantazję.
   Drugi raz Ryszarda spotkałem na kolejnym śniadaniu. To znaczy, ja z moją rodziną konsumowałem śniadanie, a on w jednym z rogów pokoju siedział z laptopem i klikał. Patrząc z daleka mogłem się domyśleć, że ogląda właśnie wczorajszą sesję zdjęciową. Po kilku minutach wstał od stołu, podszedł do kredensu, na którym było wystawione jedzenie, nałożył i usiadł … do innego stołu, po przeciwnej stronie. Rozumiem, że nie chciał mieszać spraw służbowych z prywatnym jedzeniem. Jednak Pan Ryszard zajmował sam dwa duże stoły. W końcu mu się pewnie należało.
   Trzecie spotkanie było w korytarzu hotelowym, gdzie Pan Ryszard z Managerem Hotelu oglądali pokoje – pewnie do następnej sesji zdjęciowej.
   Trzy spotkania, a ja wiedziałem, że Pan Ryszard odcisnął piętno w moim życiu. Piętno, którego nigdy nie zapomnę. Piętno, które podąża wraz ze mną. Tworzy moją historię.

Szanowni Państwo,

Przed Państwem wywiad do cokilkumiesięcznych nowinek. Dla bezpieczeństwa osoby, z którą jest przeprowadzany wywiad, zastosowaliśmy kod szyfrujący jego imię – tak aby postać została całkowicie anonimowa.

ukćaM – powiedz proszę coś o sobie, o swojej przeszłości, o swoim pochodzeniu.

Nazywam się jeicaM, jeżeli mogę to chciałbym zrezygnować z opowiadania o mojej przeszłości – wszelaka tematyka związana z moim dzieciństwem oraz okresem dojrzewania jest dla mnie bardzo bolesna. Oczywiście nie pozostawie mojej postawy bez słowa wyjaśnienia mianowicie nie chciałbym żeby cała firma wiedziała iż pochodzę z marginesu społecznego, który tak strasznie nadszarpnął moja psychikę. Wolałbym pominąć również czas mego wychowywania się w Karakułach. Liczę na zrozumienie redaktorze, poproszę o zadanie kolejnego pytania.

O jakim incydencie chciałbyś nam powiedzieć ?   

Incydent jest doprawdy nieprawdopodobny, a to za sprawą odwiedzin jakie sprawili mi Marsjanie w moje ostatnie urodziny – nie powiem które, aby nikt nie domyślił się, że ja to ja. Kontynuując od momentu spotkania z kosmicznie boskimi Marsjankami jestem zagorzałym fanatykiem wszystkiego, co związane z życiem poza ziemskim i istotami tam żyjącymi. Rozumiem, że trudno będzie czytelnikom uwierzyć w to, co mnie spotkało, ale oni naprawdę istnieją na dowód tego zostawili mi drobny suwenir abym za jego sprawa mógł chodzić i dumnie wypinając zadek głosząc światu tą dobrą nowinę.  Tak, tak kosmiczna globulka umieszczona w moim odbycie jest dowodem, który będzie mi towarzysz do końca życia i jestem z tego niezmiernie dumny, ciesze się że to własnie ja zostałem wybrany do tego projektu. Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości nie zmuszono mnie do umieszczenia nadajnika w mym ciele, postanowiłem zrobić to dla osobników zarówno ziemskich, jak i pozaziemskich dla naszego wspólnego lepszego jutra – taki jest mój Better Tomorrow Plan. Acha w ogóle nie uwiera…

Czy mógłbyś opisać jak oni wyglądali ? Czy wydawali dziwne zapachy ?   

Nie wyglądali tylko wyglądały jak wspomniałem wcześniej – chyba umknął ten szczegół Panu redaktorowi tak wiec powtarzam to – Marsjanki były nieziemsko piękne. Wysokie o zaokrąglonych kształtach bioder zaskakujące że istnieją tak okrągłe biodra Szanowny Pan redaktor byłby w szoku gdyby miał przyjemność zobaczyć tak idealny kształt… chciałbym tez obalić mit o kolorze ich naskórka mianowicie OBCY nie są zieloni – oni są przeźroczyści, co ważne – oczy przypominają świąteczna kulę po potrząśnięciu, w której mienią się płatki śniegu spadające w dół, to właśnie widziałem patrząc w ślepia jednej z nich…Dziwne zapachy? nie sądzę no chyba, że zapach dipu serowego jest dla kogoś dziwny…mi tam się podobało.

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, dlaczego tam to akurat umieścili ?   

Ależ Panie Redaktorze oni są bardzo kulturalni dlatego wyjaśnili mi to logicznie, proszę posłuchać – przemiła Marsjanka aplikując czopek doodbytniczy, który spowodować miał rozluźnienie moich zwieraczy przed finalnym umieszczeniem czujki zwanej ANAL PROBE. Po pierwsze według obcych, anus jest najświętszym i zarazem najczystszym wbrew pozorom miejscem całego ciała. Poza tym kanał odbytniczy jest najlepiej utrzymującym ciepło organem, a to ważny aspekt ponieważ globulka nie może odczuć zimna no wiec gdzie, jak nie w dupie jest najcieplej, panie redaktorze no niech pan sam powie? Widzę że jest pan zdziwiony przyznam panu racje ja tez byłem… naprawdę nie sądziłem, ze oni są aż tak inteligentni. Powinniśmy się od nich uczyć, bo to by nam pomogło zmienić świat na lepszy.

No i ?   

No i świetnie  

Wiadomo, że ciekawość człowieka jest na tyle duża, że na pewno musiałeś sprawdzać wielokrotnie czy to tam jeszcze jest.   

Ależ oczywiście nawet nie tyle sprawdzam czy ona tam jest, ja naprawdę jestem pewny że ona została profesjonalnie zagnieżdżona w moim dołku nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości Oni by mnie nie oszukali… No ale skoro już jest Pan taki ciekawy to proszę zobaczyć Ooo oo widzi pan ,,no weź się pan nachyl a nie się krzywisz, tam głebiej jest po prawej stronie to to zielone..fajne nie..jasne że fajne widzę ze się podoba ale nie bądź Pan zazdrosny na każdego przyjdzie pora 

Czy masz informację kto będzie następny ?   

Wiem ale nie powiem bo to zajebista niespodzianka jest…na pewno się zdziwi bo pan wie Niemiec zawsze jest zdziwiony.. w tajemnicy powiem że ja go poleciłem 

Kiedy wrócą ?   

Nie wiem ale już się nie mogę doczekać, bo będę mieć kontrolę nadajnika…mam nadzieje że niebawem

 

- Malwina ? Malwina ? Żyjesz ? – W głowie Henryka co jakiś czas pojawiał sie grzmot przypominający wybuch elektrowni atomowej… Cykliczny wybuch… Tak, co 5 minut… Albo nawet co 3.

 

- Malwina ! Odezwij się ! Gdzie Ty jesteś ?

Nic. Tylko cisza. Cisza i ciemność. Błoga cisza. A ciemność ? Istnieje kilka rodzajów ciemności.

Jest „Ciemna Ciemność”. Tak naprawdę jest to najbardziej jasna z ciemności. To jest taka ciemność, jaka jest widoczna po zamknięciu oczu w ciągu dnia, przy odsłoniętych oknach, gdzie słoneczna poświata bezpośrednio dotyka twarzy.

 Jest także „Ciemność Obojętna”. Nie zawsze udaje się po niej zasnąć. Bardzo często występuje wieczorem przed samym pocałunkiem osoby ukochanej. Trwa od momentu zamknięcia oczu, do dotyku ust. Niektórzy nazywają ją po prostu „Oczekiwaniem na Światło”. 

Trzecim i ostatnim rodzajem ciemności jest po prostu „Ciemność”, zwana ciemnością „Mroczną” lub „Absolutną”. Obrazując najprościej jest to przebywanie przez krótki czas w pomieszczeni pomalowanym na czarno i odizolowanym od światła. Po kilku minutach człowiek czuje, że zaczyna mu być źle, wręcz niedobrze. Nie można rozpoznać kiedy jego oczy są zamknięte, a kiedyotwarte. Żadne pocałunki nie mogą tego zmienić. Zaczyna tracić nadzieję. Taka jest ta ciemność.

Wokół Henryka roztaczał się drugi rodzaj ciemności. Niestety nie chciał się skończyć, nie było pocałunku.

 

- Malwinaaaaa ! -Łup! Łup! Kolejny grzmot. – O Boże ?! – Jego oczom ukazała się ona, z mokrymi włosami opadającymi bezwładnie na piersi, wystające z jej podartej i częściowo białej, a częściowo brudnej koszulki nocnej. Czy miała na sobie spodnie ? Tego nie mógł określić. Nie był w stanie tak naprawdę stwierdzić, czy to wogóle jest osoba, a czy to nie jest przypadkiem ktoś od ‚Knura’.

- Henryk ? Henio ? – rozwiała jego wątpliwości – Zabiłam go, wydaje mi się że go zabiłam… Nie widziałam żeby oddychał po moim uderzeniu. Chyba się nie ruszał. Boże! O co w tym wszystkim chodzi ? Kurwa ! – nie chciał jej uspokajać. Niekiedy dobrze jest się wypłakać. Dobrze jest poczuć i dać upust nerwom, jak niebezpieczeństwo minęło. Przynajmniej wszystko na to wskazywało.

   Po omacku, podtrzymując się nawzajem, wyszli na zewnątrz. Była noc. Od południa zalatywała chłodna bryza, a od północy czuć było woń rozkładającego się ciała – świńskiego ciała. Znajdowali się na farmie. Swoim gospodarstwie przed chwilką jeszcze należącym do bandyświń pod dowództwem ‚Knura’ – stu kilogramowego, opasłego wieprza-dyktatora. Jak to się stało, że stracili kontrolę nad farmą ? Nad tym, co kreowali od dawna,tak naprawdę od momentu ich spotkania. Od momentu ich małżeństwa. Od momentu postawienia pierwszej izby. Od momentu…

- Musimy zacząć wszystko od nowa…

 


- Dobra. Mam nadzieję, że zasady dla większości są jasne ? –rzekłem, zerkając raz na małżeństwo, a raz na kobietę siedzącą po mojej prawej stronie.

- Nie wiem, czy wszystko zapamiętałam. – oznajmiła, odpisując komuś na SMS-a.

- Myślałem, że przez cały czas konsultowałaś zasady z kimś przez telefon. Trzeba było się skupić na tym, co mówię, a nie na telefonie. – odrzekłem – Przyszłaś tu z nami. Przyszłaś zagrać w grę. I – UWAGA! – Nie jesteś tu sama. Trzeba było wstać i odejść od stolika, wtedy bym przerwał tłumaczenie zasad. Czy to takie trudne do zrozumienia ?

 

- I tak o części zasad dowiemy się pewnie podczas gry, albo na samym końcu – przy liczeniu punktów i okaże się, – UWAGA! – że wygrana nie należy do mnie, czy do małżeństwa – odparła. 

Wszyscy znacząco popatrzyli się na mnie i w tej samej chwili wybuchnęli śmiechem. „No to się odgryzła” – pomyślałem, patrząc na nią zdegustowanym wzrokiem.

 

- Może ci pomóc ? – zapytała Malwina. Fizyczne ślady ostatnich wydarzeń wyraźnie zaczęły się goić. Niestety psychika potrzebowała znacznie więcej czasu.

- Sam go nie wezmę. Jest kilkakrotnie większy ode mnie.

- Nie wiem, czy chcęgo zjeść ? – oznajmiła.

- Nawet, gdybyśmy się zdecydowali na konsumpcję to potrzebujemy jakiegoś paleniska. – odparłem – Marzeniem byłaby kuchnia.

- Idź na ryby – przerwała – Ja zbiorę warzywo z pola.

 

'KNUR' Nie Żyje!!!!!

  ’Knur’ Nie żyje!

 

- Chwileczkę – rzekłem zatrzymując rozgrywkę – Nie wszystko na raz. Najpierw układasz jednego członka rodziny, potem Ja, następnie Mąż, kolejno Żona, znowu Ty itd.

- Mówiłeś, że gra przypomina prawdziwe życie na wsi. – Stwierdził Mąż – Nie rozumiem dlaczego dwóch członków rodziny nie może jednocześnie iść coś zdziałać ?

- Ja nie rozumiem, dlaczego musimy planować dzieci ? –zapytała Żona.

- Słuchajcie, to jest tylko gra – odparłem – Takie są zasady. Nie ja je układałem i gdyby to ode mnie zależało, to wprowadziłbym kilka zmian.

Wszyscy na chwilę zamilkli. Słychać było muzykę z głośników, gości przy barze, barmana krzyczącego w stronę kuchni i odgłos przyciskanych klawiszy osoby piszącej SMS’a.

- Rozumiem, że dla Ciebie wszystko jest jasne ? – zapytałem

- Nie do końca. – odparła zamykając klapkę od telefonu. –Dlaczego musimy planować dzieci i to w pojedynkę ? Mam na myśli jedną parę naraz.

- Dziękuję, ale to pytanie już było ? Co więcej – udzieliłem na nie odpowiedzi. Czy są jeszcze jakieś inne pytania ? – odrzekłem.

- Poczekaj. – nie dawała za wygraną – Chodzi mi o to, że będąc wiejskim małżeństwem, żyjącym na przełomie XIX i XX wieku, nie jesteśmy aż tak wyedukowani, aby planować potomstwo, a…

- Patrząc na Ciebie nie musimy cofać się w czasie – przerwałem.

- …a. Daj mi dokończyć, a dopiero potem się wymądrzaj Panie Wszechwiedzący.– odpowiedziała – Nie dość, że planujemy, to jeszcze – UWAGA! NIE WSZYSCY NARAZ! USTAWCIE SIĘ W KOLEJCE!

 

„Miała rację.” – pomyślałem – „Oni wszyscy mają rację”.

 

 

- Henryku. Jedź do miasta i postaraj się o jakiegoś pomocnika. – rzekła Malwina – Nie zapomnij też iść na wysypisko śmieci i popatrzeć,czy ludzie nie wyrzucili czegoś, co się nam w domu może przydać.

 

- Musimy zacząć wszystko od nowa…

 

„ 

 

- Jeszcze jedna rzecz. – rzekła kobieta, odrywając resztę od planowania końcowego ruchu – Czy pomocnicy przez te kilka lat nic nie jedzą ? Pracują za darmo ? Jakaś paranoja.

- Nie wszyscy muszą przeliczać wszystko na pieniądze. – odparłem – Spójrz na WOŚP. Tam każdy pracuje za darmo. – Wiem, że nie był to dobry argument, ale chyba poskutkował, bo już się nie odezwała.

- Powiem jedno – rzekł Mąż – Gra nie zasługuje na I. Miejsce w internetowym rankingu. Nie jest zła. – kontynuowała za niego żona – Niestety, czegoś w niej brakuje. Z jednej strony autor chce dać nam wolną rękę, z drugiej robi jakieś dziwne ograniczenia. Występują tutaj jeszcze dziwniejsze akcje np. krowa w domu. Nie podobała mi się.

- A Ty ? – zapytałem patrząc w prawą stronę – Co o tym sądzisz ? 

- A mi się podobało bo wygrałam. – odpowiedziała z grymasem zdziwienia. 

- Też mnie to dziwi – dodałem lekko się uśmiechając.

 

 

O jejej, jak mi się nie chce otwierać oczu. Wiem, że jestem głodny. Wiem, że nie muszę otwierać powiek wystarczy tylko krzyknąć. No dobrze, może nie raz i nie dwa, ale kilka razy. Zauważyłem, że jak krzyczę to ktoś podbiega do mnie z butelką. Zauważyłem, że jak krzyczę to ktoś zaczyna ze mną rozmawiać. Zauważyłem, że krzykiem można załatwić także transport do innego pokoju, przyspieszyć wózek i zmieniają mi szybciej bieliznę. Innymi słowy – krzyk pomaga mi bardzo w życiu.
Mama ostatnio zmieniła Pana, który do nas przychodził i nawet spał w tym samym łóżku. Zmieniając go nie zmieniła jego głosu, może dlatego, abym się nie przestraszył. Tamten Pan miał długie włosy, a ten ma długą grzywkę. Zmieniła też mojego braciszka – tamten miał włosy jak ten Pan, co na pianinie gra, a teraz nie mam za co ciągnąć. Kurcze, wszędzie metamorfozy.
Do Pana z grzywką już się przyzwyczaiłem. Nawet go chyba polubiłem. Nazwałem go Tatą bo łatwe do wymówienia. Lubię jak nade mną robi głupie miny i coś tam gada po swojemu. Leżę teraz sobie na bujaku i obserwuję świat dookoła. Mama właśnie podniosła pudełko i przystawiła je sobie do ucha. Dziwne. Zaczęła do tego mówić i się uśmiechać. Zaczyna się do mnie zbliżać. Przystawiła mi pudełko do ucha. Słyszę głos. Głos Taty. Zamknęła go w pudełku. JuAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!! ŁAŁAŁAŁAŁAŁAŁAŁA !!!!!!! UWOLNIJCIE GO !!!!!! TO MÓJ TATA !!!!!!!

 

Jestem pod wrażeniem. Pod bardzo dużym wrażeniem. W dzisiejszych czasach nakręcić film o kosmitach, pokazać ich i nie narazić się opinii publicznej, to jest sukces. Mam oczywiście na myśli film „Dystrykt 9”, który miałem przyjemność oglądać w święta. Obejrzałem go dwa razy. Często się u mnie zdarza, że oglądam filmy kilka razy, ale zawsze robię odstępy czasowe, co najmniej tygodniowe. Tu zrobiłem dzienny i myślę, że było warto. Teraz kolej na krótki spoiler. Film opowiada o asymilacji obcych w ziemskich warunkach. Całość się dzieje w mieście Johannesburg, w Afryce. Stworzono im warunki za ogrodzoną siatką, skąd nie mogli wychodzić. Cały obszar był co chwila patrolowany przez wojskowe śmigłowce. Oczywiście, co po niektórym udawało się wyskakiwać na ‘małe-co-nie-co’.Potocznie nazywali ich ‘prawns’, co oznacza – krewetki. Faktycznie z budowy ciała byli do nich podobni, a z twarzy przypominali mi stwora Cthulhu rodem z powieści Lovecrafta.

Warunki, które mieli były godne pożałowania, to nie były domy – to były pudełka złożone z czterech metalowych ścian z dachem – też metalowym i z wyciętym otworem na okno. Traktowali ich gorzej niż więźniów politycznych. Ale…

…nie do końca o tym jest ten film.  Film jest o człowieku, który podczas zbierania podpisów na nakazach eksmisji dla Obcych z Dystryktu 9 do Dystryktu 10, przez przypadek zatruwa się cieczą obcych, co w efekcie zaczyna go zmieniać w krewetkę. Zainteresowanie jego osobą rośnie wśród ludzi, którzy chcą go wykorzystać do swoich eksperymentów i do badań nad bronią obcych, gdyż broń ta może być używana tylko przez przybyszów. On ucieka. Oni go gonią. One chcą mu pomóc. On chce wrócić do dawnej postaci.

Po obejrzeniu całości miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony został poruszony temat asymilacji przybyszów do warunków i społeczności ziemskiej, z drugiej strony mamy do czynienia z tanim kinem klasy C, typu nowozelandzka produkcja z 1992 roku pod tytułem „Martwica Mózgu” (BRAINDEAD). I właśnie takie połączenie zrobiło na mnie tak duże wrażenie. Dawno nie było filmu typu –survival horror- czyli dużo krwi dookoła i bohater,który w imię dobra i w imię wyższych celów rozprawia się ze złem.

Film ten stawiam na równi ze słynnym Evil Dead oraz ze wcześniej wspomnianym Braindead. Fabuły wszystkich trzech filmów są bardzo podobne, dzieją się tylko w innych sceneriach. Nawet zakończenie filmu jest bardzo podobne do Evil Dead II, gdzie Bruce Campbell (słynny Ash) zostaje przeniesiony w czasie do średniowiecza. Na polu bitwy pokonuje tego „złego” i … zostaje sam.

Dosyć już spoilerów. Polecam ten film gorąco wszystkim honorowym krwiodawcom oraz maniakom „SF”, a także tym, którzy nie zapomnieli, co to dobre i krwawe kino.

 

Niestety… Najmłodszy jest w szpitalu. W tym samym, w którym Starszy zawsze się leczył. Muszę opisać całą sytuację, w której miałem być ‘WYKIWANY’, a sam naszą służbę zdrowia WYKIWAŁEM.

Pojechaliśmy do przychodni, która miała akurat dyżur – na Bielanach. Pojechaliśmy znaczy: Ja i Najmłodszy, a w drugim rzucie Żona i Starszy. Żona miała się później ewakuować do koleżanki, a ja ze Starszym i Młodszym miałem udać się do domu. Niestety doktor, która nas przyjęła odesłała nas do szpitala dając oczywiście skierowanie. Tu muszę nadmienić, że rzadko się zdarza, ale doktor była przesympatyczna, a to co się stało później, powiedzmy, że z mojej po części winy, jeszcze stawia ją w lepszym świetle. Pod koniec wizyty D. powiedziała abyśmy jechali z dzieckiem do szpitala na Niekłańską – ja zapytałem, gdzie jest dyżur, odpowiedziała, że każdy szpital pełni dyżur. Nie czekając zbyt długo stwierdziłem, że w takim razie jadę na Marszałkowską.

Wyszliśmy z gabinetu powoli przesuwając się w kierunku wyjścia, gdyż ludzi było tyle, ile w metrze w godzinach szczytu. Pojechaliśmy wszyscy we czwórkę.

Przechodząc obok okien izby przyjęć zauważyliśmy brak zapalonych świateł, a co za tym idzie, zamkniętą izbę przyjęć.

Jak wcześniej napisałem, zawsze leczył się tam Starszy (jak była oczywiście taka konieczność, aby jechać do szpitala, a nie do przychodni) i mam bardzo duże zaufanie do lekarzy tam pracujących.

Najpierw poszedłem do recepcji, gdzie ‘ochrona’ – dwóch starszych Panów ‘chroniących’ ubrań w szatni, gdyż na wszystko inne byli za starzy – kazała mi zadzwonić pod numer do dyżurującej pielęgniarki. Po 5 min czekania, aż ktoś po drugiej stronie podniesie słuchawkę opowiedziałem dla czego w tym szpitalu się znaleźliśmy, a nie na Działdowskiej, gdzie jest dyżur. Powiedziałem(skłamałem), że Pani Doktor nas tu wysłała twierdząc, że w każdym szpitalu jest dyżur. Opisałem także krótką historię choroby i przyczynę wizyty, czyli podejrzenie o zapalenie płuc u 6-ścio miesięcznego dziecka, czyli u Najmłodszego. Pielęgniarka kazała mi zadzwonić na kolejny numer gdzie odebrała doktor z oddziału i:

Powiedziałem(skłamałem), że Pani Doktor nas tu wysłała twierdząc, że w każdym szpitalu jest dyżur. Opisałem także krótką historię choroby i przyczynę wizyty, czyli podejrzenie o zapalenie płuc u 6-ścio miesięcznego dziecka, czyli u Najmłodszego” (strasznie dziwne jest cytowanie samego siebie J).

Doktor prosiła, aby zaczekać, bo ktoś po nas zejdzie by zbadać pacjenta. Tak też się stało. Przyszła Pani i zaprowadziła nas do gabinetu, gdzie czekała już Lekarz z Asystentką. Lekarz kazała rozebrać pacjenta w celu zbadania i zadała kilka pytań na które:

Powiedziałem(skłamałem), że Pani Doktor nas tu wysłała twierdząc, że w każdym szpitalu jest dyżur. Opisałem także krótką historię choroby i przyczynę wizyty, czyli podejrzenie o zapalenie płuc u 6-ścio miesięcznego dziecka,czyli u Najmłodszego” (coraz gorsze jest to cytowanie samego siebie).

Odesłano nas na RTG, a potem zdecydowaliśmy się zostać w szpitalu. Ominę opowieść o karetce, która przyjechała z chorym i nie zważając, że doktor ma pacjenta (czyli nas) bezczelnie chcieli wejść do gabinetu tak, jakby nas tam nie było. Ominę także pomoc, jaką okazała nam babcia przyjeżdżając i zastępując nas, kiedy my pojechaliśmy do domu po rzeczy niezbędne.

Nie ominę jednak tego, że po dostaniu się na oddział poszliśmy do gabinetu zabiegowego, gdzie kolejny lekarz zapytał, a ja:

Powiedziałem(skłamałem), że Pani Doktor nas tu wysłała twierdząc, że w każdym szpitalu jest dyżur. Opisałem także krótką historię choroby i przyczynę wizyty, czyli podejrzenie o zapalenie płuc u 6-ścio miesięcznego dziecka,czyli u Najmłodszego” (to już ostatni raz).

Podczas powrotu do domu zadzwoniła do nas Pani Doktor z Bielan, i zapytała jak Najmłodszy, jednocześnie skarżąc się, że !zadzwonili do niej ze szpitala opieprzając, że kieruje do nich pacjentów, a nie na Działdowską! Na szczęście nie ona odebrała telefon, tylko recepcja, i to Pani w recepcji się ‘dostało’. Na tym zaprzestanę dalszego pisania, gdyż jest już późno, a jutro rano moja kolej siedzenia. Może coś ciekawego się wydarzy ?Trzeba być czujnym jak ważka J!

Miłość jest ZŁA. Tak ostatnio usłyszałem i chyba się z tym zgodzę. Nie ‘chyba’ – w 100% To, że miłość do niczego dobrego nie prowadzi, mogę spokojnie udowodnić. Udowodnię także, że w ślad za tym uczuciem, które mimo wszystko jest piękne, podążają zdrada, zazdrość, nienawiść, egoizm. Oczywiście, coś co jest piękne nie musi być dobre i w przypadku miłości jest napewno złe.

Zacznijmy od tego, co to jest miłość ?

Niektórzy sądzą, że istnieje kilka rodzajów miłości. Miłość do dzieci, do matki można traktować jako inny rodzaj. Ja się skupię na miłości do drugiej osoby. Dla mnie miłość jest tylko jedna i na dodatek pokrywa się ze słowami jednego utworu:

 

„(…) Miłość, to żaden film w żadnym kinie,

Ani róże, ani całusy małe, duże,

Ale miłość – kiedy jedno spada w dół

Drugie ciągnie je ku górze (…)”HAPPYSAD

 

Egoizm (Ten, który kroczy przed miłością) – miłość, w której pod przykrywką drugiej osoby liczę się JA. Druga osoba należy do mnie i tylko do mnie. Oczywiście zrobię dla niej wszystko, ale od niej oczekuję 2x więcej. Nieświadomie tego oczekuję. Nie liczy się samo uczucie jakim ona mnie darzy – liczy się jak to okazuje. Nie może widzieć innych mężczyzn/kobiety poza mną. Nie może zwracać na nie uwagi, bo liczę się JA i tylko JA. Nie może tego okazywać, bo mnie tym poniża. Potrzebuję ją pocałować i gówno mnie obchodzi, co ona potrzebuje. Mam nadzieję, że tego samego. A jak nie to niech mi powie – zrobimy to czego ona chce, a potem wrócimy do moich potrzeb. (ona – w tym przypadku 2-ga osoba)

 

Zdrada (Ta, która podąża tuż za miłością) – kiedyś jeden z moich dobrych znajomych, powiedział, że zdrada jest w momencie skierowania na kogoś swoich uczuć, a nie jak powszechnie się twierdzi, przespania się z drugą osobą. Czy człowiek jest na tyle silny, aby poświęcić się całkowicie drugiej, ale jedynej osobie na resztę życia? Nie każdy. Każdy może mieć swoje upadki (upadek – zdrada zrobiona świadomie, bez używek). Co chce przez to osiągnąć ? Chce się przekonać o swojej wartości. Chce ją zobaczyć w oczach Zdrady. Chce zobaczyć swoje źle ocenione wartości w jej oczach. Dowartościować się. W oczach swoich i zdrady.

 

Zazdrość (Brat idący w parze z egoizmem) – praktycznie jedno wynika z drugiego. Jestem zazdrosn(y/a)bo nie ufam drugiej osobie; bo chcę ją mieć tylko dla siebie. Nie interesuje mnie jej zapewnianie i szczerość jej uczuć. Ja to widzę i mi się to nie podoba. Ona jest moja i tylko moja. Ja sobie ufam – mogę iść gdzie chcę i z kim chcę –ona nie (ona – w tym przypadku także 2-ga osoba).

 

Nienawiść (Kain miłości) – konsekwencją EgoizmuZdrady, Zazdrości jest Nienawiść. Tak samo jak się Ją „kochało”, tak samo się ją nienawidzi. Nienawidzi za to, co zrobiła lub przez to, że to zrobił(em/am) – nienawidzę jej – mam nowy obiekt zainteresowań. Miłość platoniczna może się skończyć także znienawidzeniem drugiej osoby. Nieodwzajemniona miłość, również może pociągnąć za sobą nienawiść. Jeżeli nastąpi zdrada (nieważne czy w pełni świadoma, czy pod wpływem alkoholu) zaczynami nienawidzić obydwie osoby. Jeżeli okaże się, że o zdradzie wiedziało więcej osób – nienawiść zatacza coraz większy krąg. W miłości kochamy tylko jedną osobę (egoistyczne bardzo J ), a nienawidzimy więcej niż jedną

 

Podsumowując – miłość nie czyni nic dobrego. Wiemy o tym, a mimo wszystko brniemy w tym kierunku, nie zważając na jej złe strony. Powiem więcej – nie zdajemy sobie sprawy (albo nie chcemy sobie zdawać sprawy) z istnienia tego zła. Odrzucamy EGOIZM – bo ja chcę dla niej najlepiej, a nie dla siebie; nie dopuszczamy myśli o ZDRADZIE – przecież ja Ją kocham, więc nie mogę jej zdradzić; tłumaczymy ZAZDROŚĆ – zazdrosny bo kocha; śmiejemy się z NIENAWIŚCI – to jakaś bzdura.

 

Jeżeli osoby, które to czytają nie zgadzają się ze mną – proszę o komentarze. Najciekawsze wkleję bezpośrednio do tekstu. Przekonajcie mnie proszę, że miłość nie jest tym czym jest.


  • RSS